Zakładki:
|
sobota, 28 stycznia 2012
Panteon Typów Damskich - Pani Ania
Mam tu w pracy Anię. Siedzi przed komputerem cały dzień. Okulary na końcu nosa, kostiumiki szarawe, fryzurka gładko na skroniach – profesjonalny gołąbek biurowy. Dzióbie coś w Excelu, cyferka za cyferką, strasznie skupiona, zgarbiona w chińskie osiem, klik-klik, praca, praca, praca. Niewiele się uśmiecha i nie naciągniesz jej łatwo na pogaduchy w godzinach pracy. Po godzinach – i owszem, ale nie kiedy pracuje. Stanowisko kosztorysantki zobowiązuje, jeden tysiączek w prawo, jeden w lewo i katastrofa gwarantowana. Słyszę to klaik-klik nieprzerwanie... I nagle z dołu dobiega głos pana K.! Rechocze ten głos wesoło z innymi głosami na dole, w korytarzu. Pan K. pracuje w terenie, ale zjeżdża czasem do biura, z tym i owym pogadać, garść problemów z życia wziętych na biurka projektantów rzucić, porechotać na korytarzu... Oczy ma, moja droga, ten pan K. Takie, że w całym świecie byś nie znalazła drugich. Jak dwa ciepłe oceany – szmaragdowe. Klik-klik zamiera, teraz – szur-szur, nie musze się nawet oglądać, wiem że Pani Ania szuka w pośpiechu czegoś do wysłania faksem, bo nasz faks na pięterku popsuty. Jest! Przygotowane na specjalne okazje. Tak specjalne, jak ta. Wyyyleciała... Gdzieś po drodze miedzy drzwiami naszego biura a roześmianym towarzystwem na korytarzu następuje przemiana i schodami spływa ku panu K. długonoga, długorzęsa... Rita Hayworth. Światło biurowych świetlówek zmysłowo gra na jej rozpuszczonych teraz włosach i połyskuje zalotnie wśród splotów lycry na jej zgrabnych łydkach. Och, przypadkowo na siebie wpadli, jak zwykle wpadli i jak zwykle przypadkowo. - O, idzie tu do nas pani Ania! - Och, Pan K.! No i nie ma wyjścia, trzeba zapytać o zdrowie, jak sprawy się maja, a czy ten problem, o którym ostatnio, to już rozwiązany jakoś?... Śmiech perlisty, rechot pana K. jakby niższy, głębszy.. Podprogowo ją bierze- stwierdzam uchem znawcy tematu. Gruchają teraz jak dwa gołąbki. W końcu jednak trzeba się pożegnać, powodzenia sobie życzyć... do następnego razu, jeszcze jakaś uwaga, ostatnie spojrzenie na jej nogi, w oczy jego. Pani Ania wraca do pokoju, na krześle siada, ciężko wzdychając... wraca klikanie... miarowe klik-klik jak w zegarku... zbyt miarowe, odwracam się do niej i widzę, że coś wpisuje bezwiednie, wpatrzona w jakiś punkt za oknem, z nieobecnym uśmiechem na twarzy... myślami gdzieś nad ciepłym oceanem... A niewysłany faks leży obok.
Kaza Panteon Typów Damskich - Bibianna
Jak to trzeba w życiu uważać, żeby nie przegapić…. Przyszła do mnie koleżanka – poetka. Cała jest poetką od stóp obutych w leciutkie sandałki, po oplecioną warkoczem głowę. Nawet imię ma takie… inne. Bibianna. Ilekroć użyję tego imienia, aż nią trzęsie. „Co to za imię!” – prycha. „Ani to dla poetki, ani w ogóle dla nikogo!” A do całkowitej rozpaczy doprowadzało ją w liceum, kiedy w klasie zdrabniano jej imię. Czyniono to w potokach łez, ze śmiechu, oczywiście. Bibka. Biba. Zaiste, ciężki kamień u szyi dla poetki. I mówi mi Bibianna – słuchaj, Margola. No słuchaj. Mnie się zawsze zdawało, że jak się spotykam z mężczyzną, to on we mnie widzi duszę. Że wrażliwe detektory jego serca wyczuwają z daleka we mnie pełnię ducha, pełnię myśli, ciepło i serce. I kiedy wychodziłam ze spotkania, utkana z mgły i piór, w świadomości unosząc porozumienie dusz, zazwyczaj srogi dziwiłam się, odkrywając niebawem, że oni już wtedy mieli wyobrażenie na temat kształtu moich pośladków, gładkości skóry na piersiach i temperatury ciała przed i po. I kiedy w dobrej wierze chciałam poklepać takiego po ramieniu, musnąć przyjacielsko po twarzy, zazwyczaj wykorzystywał ten pierwszy kontakt minimalnych skrawków powierzchni naszych skór i przechodził ad rem. Uch, jak ja tego nie rozumiałam nigdy, Margola. Jak nie lubiłam. Patrzę na nią i oczy szeroko otwieram. - Bibianna, przecież Ty miałaś męża! - Miałam. – potwierdza Bibianna. – Nawet, wyobraź sobie, jakieś życie płciowe prowadziliśmy – chichra się w piąstkę, udziela mi się ten chichot, choć jakieś dziwne przerażenie ogarnia mnie na myśl, że ma taka męża i nie lubi nim sypiać. Co to za życie? - Ale, Margola, słuchaj, co mi się przydarzyło. Miałam takie spotkanie. Z muzykami. Grali, koncert był wspaniały, a jak wiesz, szczególnie kocham wiolonczelę i harfę. Cztery wiolonczele mi grały, harfa także, a jakże. Zrymuję, bo zawód zobowiązuje. Zaczynam się śmiać, bo tak pobudzonej i rozchichotanej Bibianny świat nie widział. Nalegam, by powiedziała, co ją tak bawi, bo widzę, że coś się tam, Kaza, święci. No święci się jak nic. - Po koncercie było spotkanie za kulisami. Poszłam, bo to był koncert Kaśki, tej flecistki. Posiedziałam sobie w tej przyjemnej, wesołej atmosferze. Oni się znają jak łyse konie i strasznie się bałam, po prostu mnie zatykało, że wyjdę na jakąś głupią, pokręconą, pretensjonalną… Patrzę na Bibiannę i teraz mnie zatyka. Bibianna! Brylująca w każdym towarzystwie, niejeden parkiet męskim miłosnym trupem usłała – Bibianna nieśmiała. Tego nie grali. - Siedział koło mnie wiolonczelista. Mrużę oczy. - Margola, ja w życiu nie myślę, żeby się znów wiązać. Toksykomanką szczególną nie jestem, to co przeżyłam, to mi wystarczy na długie lata. Ale Filip siedział koło mnie i gadaliśmy sobie, nuciliśmy razem Wodeckiego, było fajnie i wesoło, oszczędnie podlewał mnie wódką, bardzo oszczędnie, znasz mnie, dwa milimetry wódki na dno i reszta soku, więc nie mogę zwalić na alkohol, Margola. - Czego zwalić?? - Widzisz, jak sobie tak koło niego siedziałam, nawet nie flirtowaliśmy szczególnie, zresztą on też po przejściach, pozowaliśmy sobie razem do zdjęcia, a kiedy tak sobie pozowaliśmy, to mi się policzek otarł o jego ramię. Margola, cholera, no. A potem wzrok mój padł na kępkę włosów tuż nad jego nadgarstkiem. Stało się. - Co się stało, miej litość, Bibianna! - Od czterech dni chodzę sobie i zastanawiam się, jaką ta kępka ma strukturę, czy jest twarda, czy miękka, jak ją potrzeć pieszczotliwie nosem, i jak pachnie ta skóra nad nadgarstkiem. - Bibianna…? - I pewnie zadzwoniłabym do niego. Nawet bardzo chętnie. Ale nie mam jego numeru. - Zadzwoń do Kaśki! - Wiesz, Margola… gdyby on chciał mnie widzieć, sam zadzwoniłby do Kaśki. I wziął mój numer. No prawda najszczersza. Prawda i już. Ech. Nie wiem, co powiedzieć Bibiannie. Nabieram powietrza i wtedy dzwoni komórka Bibianny. Nie, nie Filip. - Kaśka? No jasne, dzięki, nie miałam okazji Ci podziękować za zaproszenie, nie odpowiedziałaś na mój sms, to nie chciałam przeszkadzać… W Czechach? Co robiłaś w Czechach? Aha, a gdzie graliście? I jak publiczność? Nie publiczność, tylko wielbiciel? No, no, Kaśka… Mój? Jak to mój wielbiciel? Mój numer? No nie wiem, no może mu daj, sama nie wiem, no to jak uważasz… jak to Filip dopytywał? No dobrze, jasne, no to daj, trzeba było dać nawet bez pytania…. Patrzę na Bibiannę i oczom nie wierzę. Nawet warkocz lśni jej inaczej, o oczach to ja już, Kaza, nie wspomnę.
Panteon Typów Damskich - Jowitka
To było jak grom z jasnego nieba. Obustronne porażenie, które Francuzi nie bez przypadku nazywają „coup de foudre” – uderzenie pioruna, czyli po prostu nasza swojska miłość od pierwszego wejrzenia. Taka jaka zdarza się w bajkach. Zwłaszcza tych dla dorosłych. Bajkach o tym, że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią, że mąż obojętny za gazetą bawi się pilotem. Adam to miły, ciepły gość przed pięćdziesiątką. Rozwiedzony z toksyczną żoną, zaczął wszystko od nowa i aż miło popatrzyć, jak odżył. Na pełnych żaglach wpadł na schodach na Jowitę i w zasadzie nie miał innego wyboru, jak utonąć w jej wilgotnych, ciemnych oczach po same uszy. Bo Jowita jest piękna, przyznaję nie bez drobnego ucisku w dołku. Piękna i niedoceniana. Jej mąż nie chowa się za gazetą, jej mąż bardzo ekspansywnie uczestniczy w życiu rodzinnym, rzucając przedmiotami i grubym słowem, rozstawiając rodzinę po kątach. Ot, mały domowy despota, w dodatku trochę przestarzały model. Dzieci po powrocie z uczelni mają tylko jedno pragnienie: żeby się starzy wreszcie rozwiedli albo przynajmniej pochowali w swoich pokojach. Takie to z grubsza tło. Znane wszystkim, bo – jakby to powiedzieć – w biurze pracują z sobą wszyscy od lat. Jowita też, ale dotąd była niewidoczna. Nagły impuls pchnął ją do fryzjera, obcięła włosy i nagle okazało się, że jest absolutnie atrakcyjna. Od elegancko uniesionego biustu, przez opływowe biodra, lekko wypukły kobiecy brzuszek, aż po smukłe łydki zwieńczone szpilką. I te oczy, wydobyte nagle spod bujnej niegdyś czupryny, rozbłysłe nagle nowym blaskiem… Odtąd widujemy ich zawsze razem. Adam i Jowita, Jowita i Adam, mąż despota zjechał na odległy horyzont, dorosłe dzieci przestały wytyczać jedyny słuszny szlak przez życie tych dwojga. Piękna, dojrzała miłość, można by rzec, gdyby nie była nieco pokątna. Zakochani jadają wspólne lunche, jeżdżą na basen, odwożą się razem do pracy i domu, snują dniami i nocami (a tak!) długie rozmowy o życiu, odnaleźli w sobie nawzajem oparcie w trudnych chwilach. Adam jest dla Jowity rycerzem na białym koniu. Opiekuje się nią, przynosi własnoręcznie upichcone potrawy, dba o szalik w chodne dni… Jowita dla Adama jest objawieniem, półboginią, noszoną na rękach, więc najintensywniej jak umie kwitnie i pięknieje dla swego wybranka. Sielanka. Szefostwo jednak jest nieubłagane i wysyła Adama w delegacje. Delegacje trwają od półtora dnia do miesiąca. Firma świadczy usługi na całym świecie, a Adam jest najskuteczniejszym handlowcem, uwielbianym przez klientów. Włada też trzema językami, co nie jest bez znaczenia. Gdy Adam wyjeżdża na jeden dzień, jeszcze da się wszystko unieść. Jowitka siada w kuchence z kubkiem kawy, lekko drżącą dolną wargą i odrobinką żalu do Adama, ze śniadanko zjada samotnie. Taka nutka rozżalenia przydaje tylko blasku jej ciemnym oczom. Po biurze chodzi lekko posmutniała, ciągle wraca do biurka spojrzeć w pocztę, a komórkę nosi na pasku na szyi. Gdy Adaś wyjedzie na tydzień, jest trochę trudnej. Atmosfera gęstnieje, Jowitka robi się nieco drażliwa i dopytuje koleżanki, czy wydaje im się, ze Adam ją kocha naprawdę. Co chwilę spogląda w ekran komórki, na dźwięk wibratora zwiastującego niezbyt częste smsy (powiedzmy raz na dwie godziny) Jowitka podskakuje i przerywa dowolne zajęcie, choćby to była rozmowa telefoniczna z szefem, i czyta łapczywie, jakby był to wyrok decydujący o reszcie życia. Tragedia zaczyna się, gdy Adam wyjedzie na miesiąc, dajmy na to w dodatku na antypody. Jowitka zasiada o świecie przy komputerze i nie rusza się sprzed niego do popołudnia. Co 5 sekund przyciska „wyślij i odbierz” i mniej więcej raz na godzinę dostaje ataku płaczu, gdy pusta jest skrzyneczka. Milczącą komórką (a za milczenie w dalszym ciągu uznajemy brak smsa przez bite dwie godziny) zdarza jej się rzucić o ścianę, a w okolicach popołudnia (czyli o jakiejś 1 w nocy w Australii) wymyka się dyskretnie do sali konferencyjnej, wykręca numer Adama i nie bacząc na niewyśrubowane normy przepuszczalności akustycznej zaczyna… „Czy ty mnie jeszcze kochasz?” – łka, „tobie w ogóle na mnie nie zależy!” – rozpacza, „jak ty mogłeś mnie tutaj samiuteńką zostawić!” – szlocha. W zasadzie od niedawna nie trzeba nawet tych antypodów. Adam po południu wyjedzie na prezentację oferty i już warga Jowitki drży. Już Jowitka czuje się zagrożona, niekochana, opuszczona, zdradzona. Natychmiast Jowitce spada samoocena, zwisa brzuch, topnieją możliwości intelektualne i w mgnieniu oka z Jowitki pozostaje szara, niepotrzebna nikomu kupka nieszczęścia. Nieszczęście to skacze na pierwszy rzut oka aż do gardła, a skacze z tym większą siłą, im później kończy się prezentacja i im później cierpliwy, dobry, wyrozumiały Adam wróci do biura. Wróci, ukoi, zapewni, pokrzepi.
Jak się sprawie przyjrzeć jeszcze bliżej, Jowitka więdnie w zasadzie w pierwszych piętnastu sekundach po opuszczeniu danego pomieszczenia przez Adama. Jakby Adam całą tę swoją miłość zwijał w kłębek i wynosił w kieszeni. Jowitka mianowicie potrzebuje widzieć miłość w oczach, słyszeć deklaracje, zapadać w ramiona Adama w każdej minucie doby. Transfuzja z zapewnień Adama starcza na coraz krócej i coraz częściej w odpowiedzi na pytanie „Kochasz mnie?” Adam wydaje z siebie najpierw ciężkie westchnienie, a później z całym namaszczeniem zapewnia, uspokaja, tuli i głaszcze.
Jowitce w zasadzie nie przeszkadza mąż. Jowitka dzwoni do Adama spod prysznica, smsuje ze zsypu na śmieci, spod łóżka, gdzie szuka kapci, znad kosza z obierkami pod pretekstem gotowania ziemniaków, Jowitce wszak to komórka się gotuje, a w wiadomościach wysłanych 50% zajmują pytania „Czy ja ci się jeszcze nie znudziłam?”, 30% to powątpiewanie w trwałość uczucia, a ostatnie 20% to pytania „Gdzie jesteś?” z narastającą ilością wykrzykników na końcu. Gdyby tak posortować myśli Jowitki, pewnie wyglądałoby to podobnie. Nie ma co, Adam świetnie trafił na piękną, miłą i pewnie trochę skrzywdzoną kobietę. I trzeba zapalić parę kadzidełek przed obrazem św. Tadeusza Judy, patrona spraw beznadziejnych, żeby Adaś wytrwał. Bo zdaje się ten plaster na rany po toksycznej żonie nie do końca mu się udał. I nie można wykluczyć, że rana się rozjątrzy. Starym, dobrze znanym szczepem, któremu na imię „Kobieta bluszcz”.
Trujący bluszcz, uściślijmy.
Margola
Google translator Polska
To było jak grom z jasnego nieba. Dwustronne paraliż, którego Francuzi nie są bez impreza pod nazwą "coup de foudre" - błyskawica, albo po prostu nasz znajomy miłość od pierwszego wejrzenia. To co dzieje się w bajki tales.Especially tych dla dorosłych. Opowieści, że żona go nie rozumie, że nie spał z nim, że jej mąż obojętny na gazety odgrywa pilot.
Google translator Irlandia To było jak błyskawica. Dwustronne paraliż, Francuzi nie są bez incydentów jako "coup de foudre" - błyskawica, lub po prostu kochają naszego przyjaciela, na pierwszy rzut oka. To co się dzieje w bajkach. Zwłaszcza tych, dla dorosłych. Story, że jego żona nie rozumie, że nie spał z mężem był obojętny na gazety odgrywa pilot.
Ponieważ wydaje się, że rany plaster po jego żona nie jest toksyczny w końcu poszedł. I nie można wykluczyć, że w godzinach porannych, zły. Stary, dobrze znany szczep, który jest nazywany "Kobieta bluszcz". Trucizna bluszcz, być precyzyjne.
środa, 25 stycznia 2012
Postępy
Poczyniłam postępy. 1. Wymyśliłam wizję życia z misją. Od A do Z. Do zaimplementowania od zaraz. Kuzynka jest zachwycona. Też bym była, gdyby ktoś za mnie takie mądre rzeczy wymyślił. 2. Nie żrę wafelków z orzeszkami z Lidla. Bo żrę przecenione baryłki z adwokatem z Lidla.
yursinsreli
Margola
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Styczeń znów, i znów, i znów...
Uszszsz… jak mnie wkurzają te postanowienia noworoczne, te blumondaje niespełnione, rozszlochane, rozgoryczone, że znów rok trzeba czekać, by POSTANAWIAĆ… Patrzę na te karteczki zmiętolone, z roku na rok dodające kilogramy do zgubienia, awanse do zdobycia, facetów do pokochania, wolne niedziele do dzieci wychowywania… Na cudze parzę, bo moich karteczek wciąż nie ma. Podobno cel trzeba zapisać, żeby miał sens. No ale jak tu zapisać: „schudnę, jak mi się będzie chciało i Lidl wycofa wafelki czekoladowo-orzechowe ze sprzedaży” albo „będę mniej pracować, o ile pieniądze na ratę kredytu będą przyfruwać na mój balkon razem z kopciuszkami i sikorami ubogimi, dla kontrastu”. Tym niemniej, wyabstrahowana do granic ludzkiej zawiści od ogólnopolskiego trendu postanawiania i zapisywania, podczytywać sobie zaczęłam niechcąco jeden taki denerwujący blog. Jest on denerwujący tym mianowicie, że trafia w sedno. Że z wafelka na wafelek rośnie mi w gardle świadomość dodatkowych kilogramów wchrupywanych niepostrzeżenie w kolejny rozmiar. Że z zapracowanego weekendu na zapracowany weekend dotkliwiej wali mnie po nerach świadomość uciekającego dzieciństwa moich dzieci. A najboleśniej, najtrafniej stuknęła mnie pani Opiełka w środek czoła paluszkiem wskazującym brak wizji życia. Kaza, do cholery, masz jakąś wizję na zbyciu? Bo ja ciemność widzę! Czekoladową! Z twardymi orzeszkami do zgryzienia!
Margola
Margola, ja nie wiem czy Ty powinnaś czytać te cudze karteczki, fiszki, zapiski, blogi... czytać, a potem brać je sobie do serca, głowy? Generalnie, w dzisiejszych czasach takie podczytywanie i korzystanie swobodne z dorobku cudzej myśli intelektualnej może być potraktowane jako naruszenie praw autorskich. Ja sama nie wiem, czy się powinnam z Tobą dzielić moją wizją życia? A nuż się okaże, że wizja nie jest moja, że to plagiat jakiś...? Nie daj Bóg, opatentowany już wcześniej przez jakiegoś spryciarza (czy nawet paru)? Że państwo narażę na straty w związku z nieodprowadzonymi podatkami, że jakąś firmę dystrybucyjną z zysków ograbię, o zbrodni popełnionej na autorze czy nawet autorach wielu nie wspomnę nawet. Że mnie potem będą międzynarodowymi listami gończymi ścigać na terenie rozpadającej się Unii Europejskiej? O nie, nie, kochana, nic ode mnie na piśmie nie dostaniesz, tym bardziej przez internet... Najwyżej, prywatnie, we dwie się kiedyś spotkamy w Lidlu w przy półce z wafelkami :)
Kaza
Panteon Typow Damskich - JOLA
Jola jest brunetką. Za nic ma twierdzenie, że mężczyźni wolą blondynki. Ona i tak wie, że mężczyźni wolą Jolę. Powierzchowność Jolanty: znośna, reszta: dość sympatyczna, przyjazna. Nomen omen - user friendly. Włos i nogi długie, rzęsy powłóczyste, pośladki krągłe (ale nie za krągłe), obcisłymi dżinsami wyprofilowane do perfekcji. Zęby białe, dłonie smukłe, paznokcie zadbane. Śmiech ma Jola lekko ponad przeciętność wybiegający. Głośny i częsty. Przy odrobinie złośliwości można by powiedzieć, ze chichocze irytująco przez przerwy, sprawiając, że człowiek ma ochotę wbić jej w tchawicę coś ostrego. A ja przecież złośliwa nie jestem. Jolanta wpada do naszej firmy służbowo raz w tygodniu. Po drodze zawsze się człowiek z nią spotka w kuchni, tudzież na korytarzu. „Fajna babeczka!” – myślisz, widząc ja po raz pierwszy – „otwarta taka”. Błyskawicznie skróciła dystans, jaki dzieli ludzi sobie nieznanych. Mówiąc błyskawicznie mam na myśli pierwsze pięć minut od momentu spotkania. Zaraz po wymianie imion dowiedziałam się, że Jola lubi mężczyzn. Lubi ich i ma to genetycznie po mamusi i tatusiu. Następnie zostali mi przedstawieni dosyć szczegółowo; Pan Tymczasowo Stały, Pan Były, Pan Dochodzący oraz Pan, który Chciałby Dojść. Zabawne, ten ostatni okazał się być moim szefem. To mnie schłodziło. Ludzie zbyt otwarci są nieco przerażający. To jakby człowiek z klatki schodowej od razu do szuflady z bielizną wchodził. Używaną bielizną. Jola zaśmiała się perliście po zakończeniu wyliczanki (wtedy jeszcze uważałam, że śmiech ma perlisty) i dodała, zniżając głos: „Wiesz, jakie są inne baby…Zawistne! Jak dziewczyna lubi te rzeczy, to zaraz mówią, że się puszcza...” Absolutnie nie chciałam być „inną babą”, dlatego machnęłam ręką odpędzając myśl, że miałabym powody, by być zawistną. Od tego czasu Jola zawsze znajduje chwilę, żeby opowiedzieć mi o swoich ostatnich podbojach. Podkochuje się w niej Rysiek (43) z domu obok. W samolocie rzucił sie na nią Tomuś (27), nie zważając zupełnie na swoją śpiącą na sąsiednim siedzeniu dziewczynę. Staszek (39), fryzjer damski, masował erotycznie owłosione i nieowłosione części jej ciała w ramach jednego balejażu. Wiesiek (46) jest znajomym jej brata. Romek (39) bratem Wieśka. Robert (32) i Marek (31) – czyli cała męska obsługa baru „U Johna” – co piątek toczą o nią walkę na śmierć i życie. Piotrka (26) poznała na lekcjach angielskiego, za to Jacek (38) – nauczyciel gryzie ją w ucho znienacka szepcząc cos w obcych, lubieżnych językach. Olka (33) spotkała w poczekalni u lekarza. Z lekarzem (?) była kolacja, teraz esemesują. W zasadzie lekkie niedowierzanie poczułam w okolicach Wieśka. Ale całą sprawę traktowałam jeszcze folklorystycznie. Przy Jacku zaczęłam podejrzewać ja o wybujałą wyobraźnię. Ale o tym, że musi to być jakaś jednostka chorobowa, zdecydował lekarz. Parę razy próbowałam zmienić temat rozmowy na coś mniej osobistego, ot pogoda, film, nowa fryzura księgowej. Bezskutecznie. Pojęcie lekkiej, niezobowiązującej konwersacji w słowniku Joli znajdowało się (jak zresztą wszystkie inne pojęcia) w dziale SEX. Ostry, z żywym mięsem na wierzchu. Z wszystkimi anatomicznymi detalami nad kubkiem kawy, okraszony szaleńczym chichotem. - Wszyscy myślą o tym samym! Wolni i zajęci. Ci zajęci, to nawet bardziej. Ruja i poróbstwo. Sodoma i Gomora! Czułam się przytłoczona tą cielesnością. Poczułam nawet coś na podobieństwo "innobabiństwa" we mnie… Możliwe, że jestem zawistna.
A może po prostu lubię grę wstępną – również w przyjaźni.
Kaza
piątek, 18 lutego 2011
Z cyklu: dialożki podsłuchane
Pan: Zgadnij, kogo spotkałem!!! Pani: spogląda chmurno, spode łba. Pan (zdziwiony): Skąd wiesz? *** Pan spotyka Pana Młodszego z Osobą Towarzyszącą. Pan Młodszy: Dzień dobry! (dokonuje prezentacji) - to moja Przyszła. Pan: Miło mi, Były Teść jestem.
niedziela, 13 lutego 2011
Córko pozwól żyć
Marzyłam o dużym domu przede wszystkim z uwagi na fakt, iż zwierzęciem jestem niezmiernie towarzyskim. I stało się. Odwiedzają mnie goście. Tego weekendu miałam nawet Dom Pełen Ludzi! Ach, było bosko. Bardzo się starałam i ciasto piekłam i bułeczki. Na dnie duszy jednak zaczaił się złowrogi atawizm, odziedziczony prawdopodobnie po cudzych przodkach, bo moi właśni gościnności nigdy nie mieli dość i pół roku potrafili przyjmować u siebie wpadłą na weekend koleżankę z mojej klasy. Atawizm ten podszeptuje podświadomości czy też nadświadomości, ze „gość w dom, Bóg wie po co” i rękami trzęsie, aby wylały, rozsypały, zbiły, a nogami on powłóczy i ze schodów strąca z wazą pełną gorącej zupy… Rożne wyczyny atawizm na swym koncie ma, moich gości potraktował jednak łagodnie. Mianowice elegancko, pełnowymiarowo, zafarbowałam sobie gości na niebiesko. Sinymi dłońmi smarowali domowe bułeczki, serwetkami dyskretnie kobaltowe wąsy spod nosa ścierali, z cebulek włosowych na łydkach wydłubywali kropeczki błękitu paryskiego. Prześcieradło próbowało dzielnie przyjąć na siebie końską dawkę błękitu, ale nie udało się, zafarbowali się goście. W rewanżu Gość Młodszy odcisnął niebieskie łapki na ścianie. Abym nigdy nie zapomniała, nigdy nigdy, że nie należy odkładac na później czynności czyszcząco-prasujących. Nowa pościel. Jakoś się nie złożyło, żeby ją uprzednio przeprać w letniej wodzie z dodatkiem octu, oddała więc hojnie gościom swą szlachetną zimną barwę.
Goście odjechali, zdrzemnęłam się i ze zdwojoną energią zabrałam się za robotę. Co pół godziny gnając po schodach na górę, bo plastykowa niania rozszlochuje się nagle głosem mojej córki. Córka następnie przysysa się do piersi i ssie, jakby już nigdy miało nie być mamy. Ssie, aż wypada jej z ust pierś i gdy matka dyskretnie próbuje się wycofać na z góry zaplanowane pozycje, dziecię na powrót doznaje bliskości śmierci głosdowej i zasysa. Proporcja jest pół godziny ssania, na pół godziny stukania w klawisze, z nerwowym nasłuchem na plastykową nianię.
A jutro mnie porżną, posypią mego trupa w żywe rany beczką soli i zrzucą w przepaść.
Córko, pozwól żyć i przestań żryć. Na chwilę.
Dialogi inne
Syn: Wala się po styropianie za moimi plecami.
Ja: Błagam, przeszkadza mi to, co Ty robisz? Syn: Jeżdżę na snowboardzie. Ja: Proszę wziąć snowboard do kuchni. Syn: Nie jeździ się na snowboardzie po kuchni! Ja (u kresu wytrzymałości): A U MNIE W BIURZE SIĘ JEŹDZI????
Ja: TO ZABIERAJ TĄ GÓRĘ ŚNIEGU I SNOWBOARD I DO KUCHNI!!!!
Słuchamy Trójki
Dobrnęliśmy do końca koncertu.
Syn: A czemu ona teraz tak sie strasznie drze? Ja: Bo jej się wydaje, ze tak jest oryginalniej i fajniej. Syn: A jest fajniej? Ja: Nie.
czwartek, 03 lutego 2011
Po drugiej stronie Mnie
Kaza!!
Nie do wiary, ale się porobiło. Patrzę na siebie i oczom nie wierzę. Jestem po zupełnie drugiej stronie Mnie. Tak od siebie wymagająca, tak zorganizowana, tak odpowiedzialna – teraz jestem jakimś wielkim Samopobłażaniem, gigantycznym wykwitem Nadlenistwa, chodzącą epopeją Nicnierobienia. Wszystko sobie odpuszczam, niczego od siebie nie wymagam, każdego dnia budzę się na nowo z nowym beztroskim życiem, tabula rasa. Się sypnęły jakieś klocki, upadły, a niech je licho - wszystko mieści mi się w kurczącej się wprawdzie, ale wciąż imponującej dupie. Niepokojąco wszystko, w tym sprawy finansowe, niezbyt różowe.
Co jest?? Do jasnej Anielci, no co?
Przecież nawet nie miało mnie co zmęczyć, mam za sobą roczny wypoczynek, roczne przyzwolenie na odmóżdżanie, odpuszczanie, rozkojarzenie, dosypianie.
Ratunku!!!! Idę na dno. Będziesz tam gdzieś w pobliżu?
Margola
środa, 05 stycznia 2011
Mitenka od starej baby
Mój ulubiony kolega rówieśnik przyszedł dziś do pracy w nowym sweterku w modnym w tym sezonie kolorze. Wszystko to razem do kupy sprawiło, że zapytałam nieopatrznie: - Nowy sweterek? Mikołaj przyniósł? A bodaj by mnie w tej chwili nieostrożnej Mikołaj rózgą zdzielił przez łeb i workiem doprawił... Ale pytanie padło i zaraz słyszę odpowiedź: - A nie. Na urodziny dostałem... [stopniowanie napięcia]... Czterdzieste!!! Ożeszty! Zgiń! Przepadnij! Zmoro nieczysta! Musiałam się pomylić w kwestii tego rówieśnictwa... Musiałam się sporo pomylić. Jakieś co najmniej pięć lat na jego niekorzyść... Zajrzałam mu w oczy, kontrolnie sprawdzając stan kurzych łapek. Cofnął się nieco, to i ja odskoczyłam, bo skoro ja widzę jego, to on widzi… moje? Nie! Nie! Ja mam lat 37 i z każdym rokiem jestem tego coraz bardziej pewna.
Tymczasem...Wieczorem w domu. Latorośl chce konto na fejsbuku. - Mamo, wszyscy mają! Nora ma i AnaLily ma. - to dwie najlepsze przyjaciółki mojej córki. Próba rzeczowej, chociaż niepopartej faktami, argumentacji: - Konto na fejsbuku można mieć, gdy się skończy lat 16. W jaki sposób Twoje koleżanki mogą mieć konta? Potrzebna jest zgoda rodziców. Próba odparcia rzeczowej argumentacji: - Same sobie założyły, bez zgody rodziców. Niestety nieudana. - Nie ma mowy kochanie. Internet pełen jest złych ludzi, wyciągną od Ciebie nasz adres i okradną nas, jak wyjedziemy na dwutygodniowe wakacje. Mamusia o tym wie, mamusia przez Internet poznała różnych złych ludzi. - Obiecuje, że będę rozmawiać tylko z Norą i Aną i siedzieć w domu na fejsbuku, żeby nas nie okradli. - Od rozmawiania z przyjaciółkami masz skrzynkę pocztową na gmailu. - Nie! Gmail jest dla starobabecznych. - Nieprawda, tata tez ma na mailu. - ...i starodziadowskich! - Toś nas podsumowała! - Nawet ciocia Margola ma konto na fejsbuku! - Ciocia Margola jest artystką kabaretową, aktorką. Ona ma konto służbowe.
Margola, wybacz, sama się zastanawiam, co to za głupoty wtedy wygadywałam, ale cel uświęca środki.
Córa na chwile zamilkła. Widać, że się w niej gotuje, podchodzi pod pokrywkę i... - Bo mi nic nie wolno!!! - zaczęła, nabrała powietrza i unosi ręce w spektakularnym geście, włos rozwiany, skarpetki zrolowane na łydkach, piegi. Wszystkie reflektory na nią. Tragizm wcielony. - Jesteśmy zacofaną rodziną! Nie możemy jeść czipsow, pić coli i nie mamy konta na fejsbuku! - Aktorka! Patrz, aktorka! – mówię, krztusząc się ze śmiechu do Starodziada, krztuszącego się obok. - HA! - dobiega mnie triumfalne - Jak aktorka, to ja chce konto!! Służbowe!!!!!
No. W końcu dala się przekupić 2 euro. Zbiera na wycieczkę „do Paris” albo „do London”. My jej wtedy opędzlujemy skarbonkę, a winę zrzucimy na jakiegoś znajomego z fejsbuka.
Kaza
wtorek, 04 stycznia 2011
Chateau de carton pokryte pyłem - z cyklu: widziane z górki
31 października 2010, miejsce zamieszkania: miasto
Może dziś odwiedzić groby, a jutro sprzątać dom? Takie słońce! A jak będzie jutro? Na cmentarz zapomniałam zabrać kocyk dla córci, ale wystarczył polar taty. Tata został w samej koszuli i było mu ciepło. Ja natomiast wystąpiłam w garsonce i zlewałam się potem. Kto by pamiętał o płaszczu!
1 listopada 2010, miejsce zamieszkania: miasto
Słońce absolutnie oszalałe. Wszyscy na cmentarze, a ja na wieś. Dresik, gumowe rękawiczki w gustownym kolorze sycylijskiej pomarańczy, miedniczka dla odmiany w kolorze sycylijskiej oliwki. Kasia śpi w wózku na balkonie. Zmywam pył. Wykrztuszam płuca i nadal zmywam pył.
11 listopada 2010, miejsce zamieszkania: miasto
Świat oszalał. Słońce w szczególności. Wszyscy wypoczywają, a ja w gustownych sycylijskich zmywam pył. Przyjaciółki też pył zmywają. A ten się szczerzy z każdego zakamarka. Pyle, pyle, skąd tu ciebie tyle?
1 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto
Na całej połaci śnieg. Pod górkę do domu dojechałam jednakowoż bez przeszkód. Sycylijskie mi się zrobiły nie na miejscu, zwłaszcza rękawiczki mogłyby mieć w środku jakiś podbiegunowy polarek. Nie ma polarka, jest pył. Zmywam pył, przemeblowuję, zmywam pył.
8 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto
Za 10 dni małżonek udaje się do Belfastu. Będę mogła posprzątać naszą mieszklitkę (klitkę mieszkaniową) na święta. Na samą myśl o tym sprzątaniu mdli mnie z radości i żołądek ze szczęścia wściekle dławi w gardło. Kiedy się przeniesiemy??? Trzy czwarte rzeczy dawno w kartonach,a małżonek jojczy, ze tego czy owego mu tam na miejscu jeszcze brak. Ding-dong! W głowie zadzwoniło. Za 10 dni małżonek udaje się do Belfastu. Fejsbuk,gdzie jest fejsbuk?
9 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto Na fejsbuku 4 osoby potwierdziły udział w wydarzeniu „Pakowanie i przeprowadzka”. Błogosławieni bądźcie, Chętni Do Roboty! W trzy dni się uwinę i powitam małżonka w nowym domu chlebem i solą. Albo kolacyjką. Się wie. Wkładam aksamitne spodnie. W pasie 4 cm luzu. O, a skądże?
18 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto Pakowanie. Dziewczyny zgrabnie pakują szybciej, niż mogę wymyślić, gdzie co spakować. A ja je w zamian głodzę i nie napajam. Świnia. Wożę kartony do upadłego, załatwiam sprawunki, pociemniało, jak to - już noc???? A kiedy ja im wszystkim dam jeść i przewinę dziecię płci żeńskiej?
19 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto Wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki, wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki. Biegam po schodach. Zmywam pył. Małżonek dzwoni, że spadło 5 cm śniegu, Belfast sparaliżowany, odwołali wszystko. Siedzą w hotelu i degustują irlandzką whiskey.
20 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto Europa w szponach pierwszego snieżku. Pasażerowie zamieszkuj ą na dworcach i lotniskach. Loty z Belfastu odwołane. Wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki, wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki. Biegam po schodach z każdą pierdołą z piwnicy na piętro, z piętra na parter, znów na piętro i znów do piwnicy. Zmywam pył. Syn nieprzytomny ze szczęścia gra na komputerze cały Boży dzionek. 21 grudnia 2010, , miejsce zamieszkania: miasto Małżonek wraca via Amsterdam. Będzie popod wieczór. Jaki kurna obiadek? Jaki nowy dom? Wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki, wożę kartony, ustawiam w zgrabne piramidki, biegam po schodach, ustawiam w piramidki, kurde, gdzie to się wszystko mieściło??? Zmywam pył. Syn gra. Złapałam gumę w prawym przednim. Taksówkarz skuszony uśmiechem, ale trochę bardziej wizją 30 złotych, zmienił mi na rezerwę. Wyruszyłam biegiem do domu, po drodze znajomy hurgot. Tak, tak, znów złapałam gumę w prawym przednim.
22 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: miasto A jakby tak umówić sąsiada z Żukiem na jutro, przewieźc pralkę i lodówkę? A, byłabym zapomniała, małżonek przyjechał. Syn gra.
23 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś. Wszystko przewiezione. Rozpakowuję, zmywam pył. Pył mnie zjada od środka. Sypię się w pył. Święta? Że niby jutro Wigilia? Syn gra.
24 grudnia, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Wpadam spóźniona na Wigilię, wracamy biegiem. Wszystkie ręce na pokład, do zmywania pyłu! Syn myje, bosy tapla się w wodzie na podgrzanej podłodze.
25 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Obiad u Mamy, wracamy biegiem. Wszystkie ręce na pokład, do zmywania pyłu!
26 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Schody, schody, schody. Obiad u Mamy, wracamy biegiem. Syn gra. Wychowam go kiedy idziej. Później. 27 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Na śniadanie wpadły sójki. Zobaczyłam kawałek wolnego miejsca w salonie i drugi podobny w jadalni. Pokryte pyłem. Z radości przeleciałam się parę razy po schodach.
28 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Schodami w górę, schodami w dół. Ugotowałam zupę. Sukces!!!!
29 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, skręcam meble, noszę meble, zmywam pył. Schody, schody jak w Casino de Paris. W jadalni już tylko 1/3 powierzchni pokryta kartonami. Reszta pokryta pyłem.
30 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś Rozpakowuję kartony, zmywam pył. Pół dnia spędzam w ruchu góra-dół po schodach.Wpadła z pomocą teściowa. Boże, bądź błogosławion.
31 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś. Południe. Kartony, pył, zupa, a nawet ziemniaki z mięsem. Monterzy założyli telewizję. Pył szczerzy na mnie zęby zza pleców panów zatopionych w szklanym ekranie (tak, tak, ekran wciąż szklany). Jutro Sylwester… no jak tu się wyrobić??? Lecę myć schody z pyłu. 31 grudnia 2010, miejsce zamieszkania: wieś. 4 godziny później. Sylwester jest dziś!!!! Dziś w nocy Nowy Rok!!! Jak to? Kartony, pył, pył i kartony.
1 stycznia 2011, miejsce zamieszkania:wieś. Parę minut po północy. Fantastycznie!!!!!! Całe miasto jak na dłoni widać z naszej górki i miliardy fajerwerków nad tym miastem. Zafascynowani patrzymy przez balkon: my, goście, kartony i pył.
2 stycznia 2011, miejsce zamieszkania:wieś. Noc. Yyyyy… W kartonach i pyle zgubiłam dwa dni. Ale kartony i pył przegrywają nierówną walkę. Pył już tylko w zakamarkach, kartony tylko w kącikach. Wychodzę do ludzi, wkładam aksamitne spodnie. Luźno dyndające pasie spinam paskiem, żeby nie zleciały mi tyłka. Zlatują razem z paskiem. 4 stycznia 2011, , miejsce zamieszkania:wieś. Opadły mgły i miasto ze snu się budzi. W bardzo przyzwoitej ode mnie odległości.
piątek, 15 października 2010
Odgrzewane. Ale nadal smaczne. Bulle szwedzkie Margoli
Bulle szwedzkie Margoli
WYKONANIE: Margola z Malakserem
środa, 13 stycznia 2010
Drobiazgi
Kazutku,
Do niedawna nie zdawałam sobie sprawy tego, iż drobiazgi mogą być naprawdę istotne. Tak się jednak stało, samo z siebie, że od świąt nie pójdę spać, dokąd nie umyję naczyń i nie powycieram blatów w kuchni. Ot, tak - żeby było ładnie i czysto. I co? Wstaję o świcie, żeby zrobić śniadanie dziecięciu pobierającemu nauki szkolne – zapalam światło w kuchni – i od razu chce się zacząć dzień. Wcześniej w zlewie tkwiła góra garów do umycia, a poplamione blaty, hojnie pokryte okruchami, dopełniały tego szpetnego i osłabiającego widoku. Jęczałam z rana: „o nie, tyle do roboty” i robiłam śniadanie, próbując zmusić się do zmywania. Teraz poranny porządek zupełnie uwalnia mi serce i umysł. Od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Tę samą zasadę staram się teraz stosować do rzeczy wokół mnie, ze szczególnym uwzględnieniem licznych Strasznie Ważnych Papierów. Staram się je choćby schludnie ułożyć, jeśli nie pochować od razu na właściwe miejsca (na razie schludne piramidki przeważają, ale nie żądajmy od razu cudów, zwłaszcza od siebie, nie?) Odcinane powoli „ogonki”, które dotąd wlokły się za mną i klinowały w najmniej spodziewanym momencie, uwalniają mi umysł i duszę i czuję, że dużo mogę, jeśli chcę, choć wymaga to ogromnego wysiłku. Tak samo z pisaniem, codziennie coś muszę napisać, kilka stron: list, notatkę w dzienniku, zapisać wrażenia, dialogi… Koniecznie ręcznie, bo odkąd na wykładzie mistrzowskim Krzysztof Krauze uświadomił nam potęgę, jaką w mózgu uwalnia pisanie odręczne, staram się te półkule systematycznie trenować. Przy okazji trenuję też rękę, bo z trudem przychodzi mi samą siebie odczytać…
Ma to swoje skutki uboczne. Wysyłam listy, to i czekam na odpowiedzi, a one nie przychodzą i wtedy mi smutno. No, może nie od razu smutno, ale jakiś taki posmak rozczarowania, zapamiętany z wczesnego nastolęctwa, wraca zdwojonym aromatem. A człek myślał, że ma to już za sobą.
Idę poczytać Karpińskiego o scenariuszach, to też punkt programu realizowany od świąt codziennie, z bardzo pozytywnym skutkiem dla umysłu. I tylko żeby jeszcze nie musieć zarabiać pieniędzy zajęciami dużo mniej sensownymi, jakkolwiek pewnie prostszymi i bardziej efektywnymi niż ekspozycja, z którą zmagam się czwarty dzień. Stron trzy. Jeszcze słabo się znam z moją bohaterką, ale piszę, piszę, bo jak inaczej w oczy spojrzę sobie i innym?
Twoja
Margola Walcząca
poniedziałek, 28 grudnia 2009
...i po.
Kazeczko Moja,
Błotniste i pochmurne Boże Narodzenie już za nami. W zasadzie może po prostu Stwórca postanowił nam uświadomić, ze pasterze do stajenki nie brnęli raczej w kopnym śniegu, a Maryja nie była tak znowu wyrodną matką, żeby choćby owczego wojłoku dziecku nie zapewnić, tylko przykryła go rąbkiem z głowy zdjętym przy minus dwudziestu? W każdym razie, odnoszę wrażenie, ze podwyższona temperatura na zewnątrz wpłynęła na podwyższenie temperatury uczuć rodzinnych i musiałam zignorować tylko bardzo nieliczne zaczepki i ledwie kilka zdań wypowiedzianych podniesionym głosem. Przed chwilą poleżeliśmy sobie z moim prawie ośmiolatkiem książka w książkę, on czytał, nomen-omen, „Koszmarnego Karolka” (w Twoich rejonach znanego pod kryptonimem „Horrible Henry”), a ja, jakżeby inaczej, „Scenariusz: niedoskonałe odbicie filmu” Karpińskiego. Wyobraź sobie, nie miałam jeszcze takich świąt bez napięcia. W związku z tym, ze nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, a przy moim stanie nieco się oszczędzam, gotowałam niewiele i na jakieś 3-4 dni wcześniej, kartki i listy wysłałam z nieznacznym – ale jednak wyprzedzeniem, sprzątanie i pakowanie prezentów zajęło mi tylko przedwigilijną noc do 3 (taka mała, rodzinna tradycja), za to w 100% było gotowe o wigilijnym poranku, więc wstałam (no, bliżej południa, gwoli ścisłości), dogotowałam kapustę z grzybami, czystą zupę grzybową robioną z uwagi na Warszawiaków na emigracji, poprasowałam ubrania i na piętnaście minut przed planowanym wyjściem o szesnastej (nie po, nie na pół godziny po, nie z przypalającymi się krokietami….?????) siadłam spokojnie na kanapie, w pełnym makijażu, z fryzurą, wypoczęta i zrelaksowana, i oddałam się wysyłaniu smsów z życzeniami. I w takiej nieśpiesznej, nienerwowej atmosferze minęły mi całe święta, zdążyłam i poczytać, i pooglądać, i pospać, i życie rodzinne pouprawiać na szerszą skalę… Dziś uporałam się ze stertą dokumentów, trzygodzinne bobrowanie w papierach zaowocowało ułożeniem wszystkiego we właściwych segregatorach bądź w koszu i sporządzeniem listy spraw na dni najbliższe. Znasz mnie taką??? No i wzięłam się też za pisanie, opornie mi to idzie, ale najważniejsze, to wdrożyć się w dyscyplinę. Którą, nawiasem mówiąc, zarzuciłam jakieś półtora roku temu, ze szkodą dla mnie chyba jednak… Uznajmy, ze musiałam odpocząć i że to już nastąpiło. Odpoczęłam, czas na restart. Czasu mam niewiele, po lipcu już muszę być wdrożona, ułożona, przystosowana. I tak mnie czeka rewolucja, aż strach myśleć.
Mało książek mi Gwiazdka sprawiła, poszła w ręczniki i bibeloty. Też potrzebne… ale czuję niedosyt. Chodzą słuchy, ze u teściów pod choinką coś tam jeszcze leży i że dojedzie na początku stycznia. Część leży jeszcze w punkcie partnerskim Merlina, wrr, aż mnie szlag trafia na nowo na samą myśl, jak mnie Merlin w tym roku zrobił na szaro przez nieudolność – zamawiałam naprawdę z dużym wyprzedzeniem i tylko rzeczy dostępne w 24 godziny, które to 24 godziny trwały bez mała dwa tygodnie... Miałam w ramach protestu u nich nie zamawiać, ale spróbuję wytargować zniżkę za karę. O. Mimo wszystko, odpowiada mi wygoda. Chyba, ze znajdę coś konkurencyjnego i sprawnego. Wtedy ktoś inny będzie na mnie zarabiał dwa kafle rocznie. Zwłaszcza, ze w przyszłym roku zostanę szczęśliwą posiadaczką duuuużej, przestronnej, choć przypuszczalnie od początku nieco szczelnie wypełnionej biblioteki, którą dodatkowo pragnę skatalogować…
Gag ze świątecznych zakupów:
Zielarz wyjmuje pieniądze z bankomatu. Owiniętą w kurtkę dłonią, gdyż narowisty ten bankomat i kopie żywym napięciem elektrycznym. W poczuciu obywatelskiego obowiązku Zielarz udaje się do zarządu centrum handlowego, aby zgłosić usterkę, zanim maszyna kogoś zabije. Napotyka ochroniarza.
- Przepraszam, chciałem zgłosić, że jest jakieś przepięcie, bo bankomat kopie.
- O! Naprawdę? Bardziej niż wczoraj?
Mniam.
Twoja Margola
sobota, 28 listopada 2009
Nokautowana
Kazula,
Moja ulubiona czwarta nad ranem. Ukochana. Nie potrafię jej przegapić. Wraca zawsze, wiernie, nieuchwytnym cieniem stresu, tętniącą żyłką żalu i tak dalej. Znów się zerwałam, napiłam się wody, chciałam się wziąć za robotę – jakoś nie mogę, nic nie rozumiem z tego, co czytam, nic nie umiem zapisać, umysł odparował, zatem sięgnęłam po książkę – eeee tam, otworzyłam internetowe wiadomości – zgrozo! Znajomym w blogach hula nieświeży wiatr, Ty nie odpowiadasz na moje listy rzucane w próżnię… Co by tu czytać? Czym głowę zająć? Jeszcze raz wiadomości, tym razem wp.pl – eeeeeesz, to samo, co wszędzie. O. Link do bloga Umer i Poniedzielskiego. Mniam, podczytałam trochę, sprytnie zaznaczając tekst (odwrócenie kolorów dobrze robi czarnym literom na grafitowym tle, nagle ujawniają się z niebytu). O, link do Andrusa. No, Andrusa to wiesz, bałwochwalczo i czołobitnie. To poczytałam sobie. I mi się pogłębiło. Uwielbienie. I czuję się jeszcze głupsza, jeszcze mniej błyskotliwa, jeszcze bardziej szarawa i pójdę w związku z tym spać.
Zwłaszcza, ze nogi mi już zmarzły. Mimo, iż trzymałam je na znakomicie się sprawdzającym zasilaczu do Hewleta Packarda. Polecam. Po dłuższym użytkowaniu można się poparzyć. Dobrej nocy tego rana.
Margola
poniedziałek, 23 listopada 2009
Żałuję...?
Słucham sobie, Kazo moja, piosenek z dawnych lat. Tych, co rwały duszę na strzępy, co bolały każdym niemal słowem, rozdzierały jak tygrysa pazur antylopy plecy… I cóż? Jedna, chyba dość smutna konstatacja: gdzieś mi się zapodziała dawna wrażliwość… Już nie boli, nie rozdziera, a jeśli tknie, to echem nikłym tylko. Tak pewnie ma być. Jak się zbiera od życia od czasu do czasu po nerach (w nagrodę za własną, niczym nie ujarzmioną naiwność), to człowiek hoduje sobie jakąś skórę trochę grubszą, żeby przetrwać. Smutne w tym jest, że gdy się tak znieczula emocje, to się traci zdolność do pisania i zapisywania opowieści,które kiedyś same spływały z pióra, a teraz nie chcą się w mękach nawet wyciskać. Po rachunku sumienia wynika mi, że wszystko dlatego, iż wygnałam z życia poezję. Jak do niej wrócić? Czy jeszcze umiem? Daremne żale… Myślałam sobie kiedyś w młodym porywie próżności (krótkim, acz intensywnym) żeby zostać aktorką. Nie starczyło mi odwagi, by choćby spróbować, ale bezsprzecznie chwilę się w tej sprawie na jawie pośniło. A teraz, kochana moja, żałuję. Z jednego, jedynego powodu. Miewam ostatnio niezmiernie sugestywne sny, jakby filmowe (niewątpliwie odnajduję w nich echa filmów, które właśnie obejrzałam) Dziś na przykład całowałam się z Piercem Brosnanem. Oraz tuliłam się z nim wzniośle i romantycznie w nowozelandzkiej scenerii. Pomyślałam sobie, ze wystarczyłoby mi tulić się w Sopocie z Bartoszem Opanią. Nawet bez całowania. No, ale cóż. Nie zostałam aktorką…
poniedziałek, 16 listopada 2009
Dlaczego lubi(łyś)my polskie piosenki, czyli wszystkie końce Piaska
Kazo, opoko gustu mego! Los (w bardzo twarzowo ostrzyżonej osobie płci żeńskiej) sprawił, że znalazłam się dziś na koncercie Andrzeja „Piaska” Piasecznego i Seweryna Krajewskiego. Uwaga, będę złośliwa, choć dla jasności, wyznam, że wokal Piaska zaiste jest urzekający i w ogóle, brawo dla chłopaka. Brawo wypiszczane zresztą na moich własnych uszach tysiącem gardeł i wyklaskane oraz wytupane tysiącem mięśni. Śliczny jest jak budyń z pianką, niedogolony jak przystało (torsu, mam nadzieję, też nie goli). Zasłużenie cieszy się popularnością. Nie w tym rzecz. Nie wiem, kto wpadł na pomysł organizacji takiego koncertu w Filharmonii Krakowskiej, w każdym razie daleka jestem od gratulowania tego pomysłu. Niezmiernie niezręcznie. Dysonans między rodzajem muzyki (jakkolwiek jestem od lat wielbicielką kompozycji Krajewskiego) a wnętrzem znacznie utrudniał spontaniczne odruchy publiczności, co pewnie wpłynęło na „całokształt koncertu”. Choć dla mnie na ów „całokształt” wpłynęły inne, niemniej istotne dysonanse. Najistotniejszym z nich był dysonans literacki. No jak Piasek fajny chłopak i dla oka niebrzydki, tak moim zdaniem powinien pisać do szuflady i pokazywać wyłącznie zakochanym w nim na śmierć, żeby wywierać piorunujące wrażenie Chłopca O Głębokim Sercu. Niestety, piosenki wyjęte z szuflady, a w dodatku oglądane jako goły tekst (czyli ostatecznie pozbawione blasku Seweryna Ka) sprawiają, że pęka mi szkliwo na zębach. Od zgrzytania. Zresztą, zgrzytać zębami nie muszę, tu wszystko samoczynnie zgrzyta. Faworytem moim została piosenka, wykonana zresztą dwukrotnie dla utrwalenia efektu, „Gdybym nie zdążył”.
„Między wszystkie rzeczy
Próbuję, Bóg mi świadkiem, próbuję odnaleźć sens. Spójność. Myśl. Mnie nawet bawią piosenki banalne z drobną pretensją do głębokości. Więcej, popełniłam kiedyś takowe, w pocie czoła zestawiając „mnie-się”, „dam – znam”, dorzucając serca ból, oczu blask i podobne rekwizyty. Ale gdzie tu się coś klei do czegoś? Czwarta linijka do drugiej części linijki pierwszej? Ostatnia linijka do pierwszej? Tamte, których się bał do tych, które mówi głośno? Te, które jak bardzo błyszczą, tak szybko gasną, do tych, które im bardziej błyszczą, tym szybciej gasną? I co na to Piaska polonistka? Powie wszystko, czy zamilknie w zachwycie, oślepiona blaskiem popularności? Zdumiewająco celnie zabrzmiały w tym kontekście słowa rozemocjonowanego koncertem wokalisty „To jest nasz drugi koniec”, po których wysłuchałam dwóch piosenek z tekstem Piaska. Tak. Drugi koniec. Nic dodać, nic ująć. A na pierwszym końcu tak było obiecująco… Pana Piaska najmocniej przepraszam, dostaje mu się pewnie za moje ogólne rozczarowanie poziomem polskiej piosenki rozrywkowej. I przepraszam, że nie szklą mi się w oczach łzy wzruszenia, gdy wiecznie młody bóg polskiej sceny rozrywkowej „gdzieś obok lustra wiesza wzrok, choć to miał być historii krzyk idola sprzed mych paru lat, znów chce sobą być”. Ech, ten śliczny, choć męsko wyglądający chłopiec o ciekawym głosie – niechby był sobą! Znakomitym wokalistą. Bożyszczem tłumów o niezłym głosie i interesującym wyglądzie. Tylko gdyby znalazł jakiegoś utalentowanego tekściarza i dyktował mu przez telefon, o czym ma być piosenka… On by Piaska wyniósł na piedestał. Dołożyłby talent do talentu, rzemiosło do rzemiosła, perełkę do Krajewskiego, Piasek by to zaśpiewał, aż po ciarki w kręgosłupie co wrażliwszych – i nikt by mu nie podskoczył, zwłaszcza jakaś ruda małpa z Krakowa. Ja wiem, że tantiemy za tekst są pewnie wyższe od tantiem za wykonanie. Rozumiem. Biznes musi się kręcić. Tylko dlaczego przy okazji musi się tak zgrzytliwie wwiercać w mózg? Tymczasem dla odtrutki, moja Kazo, jednak zapuszczę sobie Krajewskiego. Wiesz, to taki artysta-rzeźbiarz, który robi piękne ramy dla arcydzieł. Cenię go za to, że czasem chce mu się oprawić w zdobną, przykuwającą ramę nieporadny obrazek dobrze zapowiadającego się ucznia. Że nie przekreśla. Że wierzy. I że wciąż, niezmiennie, zawsze – szlifuje swój talent. Chyba dzięki temu lśni on przez całe moje dwie osiemnastki. Ale najbardziej cenię go za to, że Osiecką mogę chłonąć nie tylko oczami, ale i uszami, i emocjami, i całą sobą.
Kiedy mnie już nie będzie
Margola! No co się dziwisz? Moja córka ma dwa lata. Dwa i pół. Też jest na etapie cieszenia się samodzielnością. Jeśli chce zjeść jabłko, to chce sama jabłko wyjąć z koszyka, sama umyć i wytrzeć ręcznikiem, zanim spokojnie zanurzy w nim zęby. Siama! A spróbuj jej pomoc, wyręczyć... Rzuca się na podłogę i wrzeszczy. SIAMA!!! Ty się tylko trzymaj z daleka, najwyżej wytrzyj mały potop na podłodze, powieś rzucony niedbale ręcznik, wytrzyj i odstaw na miejsce ochlapane krzesło i pozbieraj resztę owoców, które się wysypały w trakcie wybierania tego najładniejszego, wyjaśnij to i owo i czekaj, że z każdym następnym razem będzie lepiej.
piątek, 26 czerwca 2009
Cze, czyli morfem końcowy wyrazu w językach fleksyjnych, podlegający wymianie w drodze koniugacji lub deklinacji
Kazuszcze Moje,
Tak się jakoś utarło, że oddech na pisanie łapię (z trudem) gdym chora. Takiż i teraz casus nastąpił. Jako, że z mówieniem kiepsko (krtań – ale dziś i tak już lepiej o niebo…) – to chociaż napiszę.
Z tymi deklinacjami na „–cze” to było tak: Wściekła (nie wiem o co, ale czyż kobietom wiele trzeba) udałam się z synem mym do moich rodziców, nieszczęściu mojego życia trzaskając drzwiami z wyraźną dedykacją. I poszłam sobie taka podbuzowana, i nosiło mnie dobrą chwilę jeszcze, zdaje się, że to taki termin kobiecy na mnie przyszedł, kiedy to gotuję zupę w sześciu garnkach „BO TAK!!!!!”. No i siedzimy sobie, ja już się troszkę wyluzowałam, mój syn gada z dziadziem, sielankowo. Słyszę, jak mówi mój szanowny ojciec do mego szanownego syna: - Do mamy mówię „rudzielcze”, to do ciebie będę mówił „chudzielcze”. Syn mój się zaśmiewa, a potem pyta: - A do taty jak? Ja (pod nosem, cichutko): Głupcze.
I zaśmiewam się – i ni czorta nie chcę powiedzieć, czemu. Tym samym złe emocje poszły sobie precz. Wzrasta mi poziom złośliwości, to dobrze, bo zapisuję kolejny pomysł, tym razem na komedię średnioromantyczną. A tam zmagania damsko-damskie i damsko-męskie, to mi się parę dialogów przyda niewątpliwie. Chociaż w ogóle chwilowo cierpię na zwątpienie i brak pompki do doby (nie mylić z innymi na d., to akurat samo rośnie, nieproszone) Bohaterem komedii ma być śpiewak operetkowy. Poproszę o sugestie. Idę kaszleć w placki ziemniaczane.
Margola
poniedziałek, 30 marca 2009
Marzyciel
Obejrzałam "Marzyciela", Kaza - i spłakałam się jak bóbr. Piękna sprawa. Takie kino... ech. To właśnie lubię najbardziej - gdy po obejrzeniu filmu nie chce mi się jeszcze z niego "wychodzić". Gdy zostaje we mnie nastrój, pytania, gdy zatrzymuje mnie coś jeszcze po tamtej stronie ekranu, po tamtej stronie wrażeń. Oczy się ma potem może trochę spuchnięte, nos czerwony i nabrzmiały, emocje w rozsypce - ale o ile sam Piotruś Pan nigdy nie wciągnął mnie na dobre do Nibylandii, o tyle "Marzycielowi" się udało.
Frunę. Widzisz????
Margola
niedziela, 29 marca 2009
Prawe oczko klapu klap...
... ale jeszcze napiszę Ci: a ładna ta Casablanka. I chyba lepiej oglądać ją pierwszy raz grubo po trzydziestce, rozumie się wtedy, czemu Bogart zrobił co zrobił. Jakby się miało dwadziescia, to by się nie rozumiało, i jeszcze by mu się miało za złe. A tak: jasne, czyste i tylko tęsknota się budzi pensjonarska za takim policzkiem niedogolonym gdzieś w Paryżu czy innej Maronie. Na chwilę, oczywiście. As time goes by.
Play it again, Sam.
Margola
sobota, 28 marca 2009
Kroniki łóżkowe
Wirus uśmiechnął się lekko pod nosem i celnym ciosem zwalił mnie w łóżko. Nie od razu, o nie! Najpierw oczadziała od aspiryny odkurzyłam całe mieszkanie, posprzątałam w szafce syna (a to spore wyzwanie, po mamie odziedziczył skłonność do gromadzenia stert papieru… zgadnij, jak ta szafka wyglądała!). Potem przygotowałam zapiekankę z zielonych warzyw w sosie Mornay, doprawiwszy ją czosnkiem, jak wszystko ostatnio, potem poprasowałam, potem umyłam łazienkę, potem nastawiłam pranie i już mogłam się położyć. Zaopatrzyłam się w solidny dzban herbaty z miodem i malinami (Bolesławiec! Oko cieszy – to też terapeutyczne), laptopa i pudełko z zaległymi filmami (ok. 1/124 z tego, co mam i powinnam/chciałabym obejrzeć). Włączyłam sobie „Panny z Wilka”, ale już w dziesiątej minucie wstałam i przygotowałam synowi i jego koledze kolację złożoną z parówek i grzanek, potem obejrzałam następne 10 minut, potem wstałam i powiesiłam pranie, potem obejrzałam 30 minut, potem wstałam i zrobiłam sobie drugi dzban herbaty, potem obejrzałam 15 minut, potem syn przyszedł przedstawić wymyte zęby do kontroli, a przy okazji wywalił mi do łóżka talerz świeżo nałuskanych orzechów laskowych , potem odprawiłam go do snu i obejrzałam następne 20 minut. Resztę znałam, więc włączyłam „Kochanków z Marony”. Podczas „Kochanków” moje osiągi były słabsze: zaledwie zmyłam naczynia i wyprałam ręcznie peruwiański obrus. W pralce, jak mniemam, zostałyby mi z niego wypłowiałe strzępy, więc nawet nie próbuję potwierdzać tej teorii. A teraz zapuszczam „Biegnij Lola, biegnij”. W kolejce czeka jeszcze kilka filmów. Kiedy będę spać? A bo ja w ogóle potrzebuję jeszcze snu?
Dobranoc. Margola
piątek, 27 marca 2009
Z łoża boleści
Moja Najmilsza z Kaz, Pozdrawiam Cię z ramion niebylejakich, bo z ramion wrednego wirusa. Cechuje go niespotykana wręcz zjadliwość, przejawiająca się tym, że im bardziej go zwalczać, tym zacieklej atakuje. Postanowiłam przyjąć wobec niego zaskakującą strategię: po prostu udaję, ze go nie ma. To znaczy, wiesz, piję hektolitry herbaty z malinami, cytryną i miodem, żrę czosnek – ale w zasadzie nie są to smakołyki, od których stronię na co dzień, więc w zasadzie można uznać, iż nic się nie zmieniło. Zobaczymy, co dziad wymyśli. Na razie z zaskoczenia przykręcił kurek z katarem. Ale nie łudzę się: odkręci go znów. Do znakomitego towarzystwa (wirus i ja) dołączył mój syn, który, pokasłując obficie, na zmianę wydaje z siebie gardłowe okrzyki rzężących w straszliwej agonii żołnierzy z klocków oraz pogwizduje całkiem już udatnie Menueta Boccheriniego. Z przyjemnością patrzę, jak mi rośnie. Od niedawna pogodziłam się z tym, ze to już nie jest moje dzieciątko, tylko całkiem poważny chłopiec, z własnymi poglądami, marzeniami, pomysłami… Ech. Poszłam dziś odebrać dla niego obiad ze szkoły i odżyły we mnie dawno zapomniane emocje związane z zabawą w czterech pancernych obok szkoły, w pustym pojemniku na śmieci, takim na kółkach, z klapą odsuwaną na sprężynach, kojarzysz? Gdy sobie pomyślę, jak my musieliśmy cuchnąć po opuszczeniu naszego czołgu… Wprawdzie w pojemnikach gromadzono głównie suche liście z topoli i obcięte gałęzie, ale jednak… Do czwartej w nocy porządkowałam domowe dokumenty. Nazbierało się tego… część wywaliłam, stare deklaracje PIT, stare wyciągi z kont, drobiazgowo zniszczone. Dwie siaty mi się uzbierało tej makulatury. PO co to człowiek tak gromadzi t papiery? Jedna mała wojna i wszystko idzie z dymem. I nikt po tym nie płacze – wszak to nie ma żadnej wartości… Idę sprzątać ostatnią szafkę z dokumentami. Idzie wiosna chyba, tak sobie wróżę z tej aktywności nagłej, wirusem podszytej. Całuję. Margola
sobota, 14 marca 2009
Siedem lat, ach piękny wiek!
Syn mój skończył lat siedem. W wyniku roszad dokonywanych w ostatniej chwili dziś gości jedynego, za to najważniejszego gościa - swoją przedszkolną sympatię. Piękna ta dziewczyna z absolutnie cudownymi włosami blond do pasa przybyła pięknie ubrana (stylowo niezmiernie, żadna tam beza ani różowy potworek) - i od godziny blok trzęsie się w posadach. ty wiesz, Kaza, co potrafią nasze dzieci, prawda? Otóż, jest jeszcze bardziej, ekhem, atrakcyjnie. W ciągu pierwszej godziny: - ścigali się z kotem i światełkiem laserka - przejrzeli z sentymentem pamiątki przedszkolne - przeliczyli oszczędności mego syna zgromadzone w skarbonce (niestety, to on był inicjatorem... chociaż może chłopak ma nosa i wie, co najlepiej działa na kobiety) - stoczyli bitwę piracką - mój syn drobiazgowo przeliczył ilość stałych zębów w szczękach swej wybranki, sięgając wzrokiem z uwagą aż po świeże szóstki.
Będę donosiła na bieżąco o rozwoju wypadków. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||